PSYCHOLOG

Panna Urszula, znana też jako Eurodyka. Osiemnastoletnie stworzenie, które para się ze swoją rozbuchaną wyobraźnią by nie załadowywać Waszej pamięci zbędnymi informacjami o swoich imaginacjach. Pisze scenariusz przedstawienia granego przez Faith Martin. Czasem daje upust swojej miłości do kryminałów ujawniając tajne akta Calvine Walters lub uspokaja się, pisząc o Jane Doyle

OPOWIADANIE

Jest to historia dumy i uprzedzenia, serii pomyłek i nieporozumień, bójek, pojedynków i pseudo psychologiczno- filozoficznych wynurzeń autorki o naturze człowieka.
ulub
o opowiadaniu.



BYŁO MINEŁO

Okiem Psychologa

Część Pierwsza: Hogwart
1.
2.
3.
4.
5.
6.
7.
8.
9.
10.
11.
12.
13.
14.
15.
16.
17.
18.

Część Druga: Boston
1.

ULUBIŁAM

caitria-stairothrevoltbadz-a-kleknelavare-manusconnie-rohan

STOWARZYSZENIA



KASETKI:

2006
marzec (18)
kwiecień (10)
maj (7)
czerwiec (3)
lipiec (3)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (2)
listopad (2)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
czerwiec (2)
sierpien (1)

2008
styczeń (1)
kwiecień (1)
czerwiec (1)
lipiec (1)
wrzesień (1)

2009
listopad (2)

2011
styczeń (1)



OKŁADKA

Wykonana przez Sofonię, wyłacznie do użytku Eurodyki. Powstała z wyłącznie z mojej chęci. Twarzy bohaterów użyczyli Sophia Bush-Leanne oraz Keanu Reeves- John.
Brusze zdobyte stąd klik, klik i klik.






20. Dranie Leanne

czwartek, 20.stycznia.2011, 23:50
Niewiarygodne. Tak długo ta napisana notka czekała bym zdecydowała się ją zamieścić. I nawet nie wiem kiedy i czy uda mi się napisać następną... Ale bądźcie pełni nadziei.
Smacznego, Ula



20. Dranie Leanne

-Hej Nick!
Takie okrzyki, zbywane nieprzytomnym kiwnięciem głowy, towarzyszyły mu przez całą drogę do jego biurka. Rutyna została przerwana dopiero, gdy zastał siedzącego na swoim miejscu szefa.
-Cześć.
-Coś przeskrobałem?- zdziwił się Nick.
-O ile dobrze wiem- nie. Za to ja i owszem. Masz partnera, Stairs. I to takiego, którego się łatwo nie pozbędziesz.
Nick uniósł brwi. Szef już od dawna próbował znaleźć osobę, z którą potrafiłby współpracować. Jednak wszyscy kandydaci byli tak samo mało odporni na jego poczucie humoru. Ta groźba wcale go nie zdziwiła. Chociaż troszeczkę zaniepokoiła go ta pewność w głosie Russela.
-Gdybyś dowiedział się o niej... czegoś ciekawego... Zatrzymaj to dla siebie. I ufaj jej, nawet gdyby mówiła coś, czego nie może wiedzieć. Prawdopodobnie ma rację. Przyjdzie tutaj już jutro, ale jest zatrudniona dopiero od poniedziałku. Postaraj się wszystko jej wyjaśnić w miarę dokładnie.
Nick kiwnął głową. Instrukcje go trochę zaskoczyły. Jeśli dowie się czegoś ciekawego? Wiedzieć coś, czego nie może wiedzieć? To brzmi jakby wciskali mu medium.
Medium, jasne...

Leanne nie była pewna jak powinna się ubrać, a Rose okazała się fatalnym doradcą. Jako pisarz miała zdecydowanie zbyt wybujałą wyobraźnię. Chciała ubrać ją jak Buffy Postrach Wampirów, ale na szczęście jej się to nie udało.
Koniec końców miała na sobie zwykłe ciemne spodnie, wysokie brązowe kozaki i zamszową kurtkę. Włosy miała teraz swoje własne- jasny brąz, trochę falujące. Spięła je w wygodny kok i ruszyła na podbój nowej pracy.

Detektyw Russel przywitał ją niemal od razu. Najwyraźniej na nią czekał. Obdarzył ją szerokim, przebiegłym uśmiechem i żwawo poprowadził między przepełnionymi biurkami alejkami.
-Cóż, twój partner... jest trochę problematyczny. Wierzę jednak, że świetnie sobie z nim poradzisz. Biorąc pod uwagę twoje doświadczenie z draniami...- puścił do niej oko, a Lea pożałowała, że mu napomknęła o swoich nieszczęśliwych miłościach. Mogła chociaż tyle nie gadać o Carterze.
-Na pewno nie jest taki zły jak mój były narzeczony- uśmiechnęła się.
-O to byłoby trudno- przyznał Russel- Na razie tylko obserwujesz, ale gdyby sytuacja tego wymagała, od razu mu mów. Stairs jest uparty, ale ma bardzo silnie rozwinięte poczucie sprawiedliwości.
Właśnie wtedy Leanne go zobaczyła. Wyższy od niej, ale i tak nie grzeszący wzrostem. Pięknie zbudowany, co widać było nawet pod trochę eleganckimi, gustownymi ciuchami. Twarz była raczej kwadratowa, ale w przyjemny sposób, pasujący do niezbyt długich brązowych włosów. Miał niebieskie oczy i naprawdę ładny, garbaty nos. Pewnie kilkakrotnie poprzestawiany.
A przede wszystkim był dokładnym Jego przeciwieństwem. Przynajmniej z wyglądu.
Jeszcze zanim Russel go zawołał, już wiedziała, że to jej partner. Po prostu takie było jej szczęście. Sami szalenie przystojni dranie. Spotkali się we trójkę przy automatach z kawą.
-Dzień dobry, kapitanie!- zawołał lekko sardonicznym tonem i zamknął oczy, wyciągając ręce niczym mumia- Czuję jakieś wibracje... Tworzą się wokół tej przeuroczej pani... Słyszę jakiś głos. Ach tak, to moja nowa partnerka, czyż nie?
Otworzył oczy. Pomimo że zgrywał pajaca, Lea nie dała się nabrać. To nie był jego sposób bycia i miał w tym jakiś swój cel. Mogłaby się posunąć do oklumencji, ale... Wydawało jej się to niefair wobec nowego współpracownika. Systematyczne podsłuchiwanie myśli nie jest dobrym fundamentem owocnej współpracy.
-Stairs, czy ty źle się czujesz? Może to jakaś ukryta forma prośby o zdrowotne? Albo o konsultację psychologiczną... A jeśli tak, to masz szczęście. Anne jest z wykształcenia psychologiem. Zajmowała się między innym tworzeniem portretów zabójców. Na pewno ci pomoże- poinformował go uprzejmie zwierzchnik.
Facet spojrzał na nią ze zdziwieniem i niejakim rozbawieniem. Jego wyraz twarzy zdawał się mówić „psychologa mi wcisnęli”. O dziwo, nie był przestraszony. Pewnie dlatego Leanne poczuła do niego sympatię.
-Anne Day- przedstawiła się, z uśmiechem wyciągając w jego kierunku rękę. Uścisnął ją.
-Nicholas Stairs do usług.

-Jaki jest?- zapytała podekscytowana Rose- Wygląda na faceta z krwi i kości.
Lea uśmiechnęła się wesoło. Wykonała mocne kopnięcie w worek treningowy. Rose znała kilku właścicieli fitness klubów i siłowni. Z przyjemnością wykorzystała znajomości by mogły poćwiczyć w pustej sali.
-Dodałabym do tego jeszcze spory ładunek mięśni- dodała z rozbawieniem- Co do kości nie jestem pewna. Rozumiesz, krew widziałam jak rozciął rękę na płocie, ale na szczęście nie zrobiło się tak gorąco by mu wystawały kości.
Rose zachichotała.
-Wiesz, zawsze myślałam, że jak już zostanę pisarką to poznam kilku policjantów i napiszę kryminał. A potem okazało się, że moich czytelników nie obchodzi rzetelność. Na szczęście moja zwariowana sąsiadka dostała pracę w policji. W ten sposób przynajmniej poznam policjantów... I koniecznie musisz mnie zaprosić na oblewanie sprawy... Nawet nie musisz mnie zapraszać do stolika. Ja sobie posiedzę obok i poobserwuję... Albo posłucham. Bo obawiam się, że nie oderwę wzroku od twojego partnera...
-Jest od ciebie niemal dziesięć lat młodszy- zauważyłam- Nie myśl, że mam coś przeciwko. Bierz go jeśli tylko chcesz.
-Jakaś ty łaskawa- zakpiła Rose- No, w sumie łaskawa. Pewnie ty mu byś się bardziej podobała... Gdybyś była zainteresowana, nie miałabym szans. Ale w sumie rzeczywiście nie mówiłam poważnie. Martwi mnie jednak, że ty nie jesteś zainteresowana... Młode kobiety chyba powinny trochę poszaleć zanim znajdą męża. Ktoś taki jak Stairs nadaje się na szaleństwo...
Lea uśmiechnęła się ponuro i nic nie powiedziała.
-Ale rozumiem. Wiem, dlaczego tak jest. Jesteś po prostu zakochana w kimś innym. Gdybyś odpoczywała po nieudanym związku, byłabyś przerażona i byś się dystansowała. Swoboda, z jaką do tego podchodzisz sugeruje, że nie ma możliwości by cię zainteresował. Czyli jesteś zakochana, ale nie masz złamanego serca. To jedyna logiczna opcja.
Lea prychnęła. Chyba musi zacząć chodzić na randki.

Nick nachylił się nad komputerem ponad ramieniem przyjaciela.
-Nie wierzę- szepnął informatyk- jak nazywa się hakerów, którzy zdecydowali się łamać prawo dla tych dobrych- Nie kupiła nigdzie tożsamości. Nawet nie za granicą. Jest czyściutka. Podejrzewam, że nawet znalazłbyś w tych szkołach jej akta. A jednak...
-Co?- uchwycił się nikłej nadziei Nick.
-To jest po prostu zbyt czyste, rozumiesz? Żadnych błędów, poślizgów. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Skąd wiedziałeś, że coś z nią nie gra?
-Nie zawsze reaguje na swoje nazwisko. Na imię tak, już się przyzwyczaiła. Ale nazwiska rzadziej używała, jest nieprzyzwyczajona...
Haker pokręcił głową.
-Naprawdę, zostałeś stworzony do pracy w policji- zakpił- Opierasz swoje działania głównie na intuicji...
-To nie intuicja. Intuicja to jakieś mgliste przeczucia. A ja po prostu widzę pewne niezgodności... Jak myślisz, jak mogła się nazywać?
-To akurat chyba nie jest najważniejsze? Mnie by bardziej interesowało przed czym się ukrywa... Może to przestępczyni?
Nick pokręcił głową i potarł świeżo ogoloną brodę. Zaraz mieli zejść na kolację. Miał poznać narzeczoną hakera.
-Nie sądzę. Jest opętana manią pomocy ludzkości. Jeśli nawet złamała prawo, to prawdopodobnie słusznie.
Haker spojrzał na niego przez ramię identycznymi jak jego niebieskimi oczami.
-Podoba ci się.
Nick uśmiechnął się tylko.
-Nie tylko ona.

Kot był rudy, pręgowany. Wspinał się delikatnie po ramieniu Rose, gdy ta wkroczyła energicznie na piętro biurowe... Podskoczył do niej niewysoki asystent i próbował zatrzymać. Spojrzała na niego piorunująco.
-Zaprowadź mnie do Anne Day- rozkazała.
-Nie ma jej, proszę pani- odezwał się asystent ze zdenerwowaniem- Tu nie można wcho...
Rose rozejrzała się po biurze, zastanawiając się jak postąpić.
-Zaprowadź mnie do jej biurka.
Nagle usłyszała za sobą chrząknięcie. Asystent automatycznie się wyprostował. Jego wyraz twarzy był z jakiegoś powodu zbolały... Rose obróciła się i stanęła twarzą w twarz z nieogolonym detektywem Russelem.
-Pratt, wróć do pracy, zajmę się panią.
Asystent szybko przytaknął i nerwowo się ulotnił. Detektyw przez chwilę mierzył ją wzrokiem. Odpłaciła mu tym samym... No, może tylko nie miała możliwości unieść znacząco brwi, patrząc na przerażonego kota. Bo na ramieniu Russela nie było kota. Za to mogła popisać się bogatą mimiką gdy zauważyła kabury, takie na szelkach, jak w filmach. Cóż, specjalnej bystrości to od niej nie wymagało. Detektyw Russel miał na sobie wyłącznie cienki sweter, żadnej kurtki. Rose z niepokojem zauważyła, że teraz jego ramiona sprawiają wrażenie jeszcze szerszych...
-Pani jest przyjaciółką Anne- odezwał się pierwszy- Zdaje się, że nie mieliśmy okazji się poznać... Arthur Russel.
Po chwilowym wahaniu uścisnęła jego rękę wolną lewą ręką. Prawą pilnowała bezpieczeństwa wbijającego jej w ramię pazurów zwierzaka.
-Pamiętam- burknęła- To pan mnie potrącił niegrzecznie w wejściu. Rozumiem już, że śpieszył się pan ratować życie, ale i tak uważam, że zachował się pan impertynencko. Trudno, skoro Anne nie ma, jestem skazana na pana.

Leanne stała w pokoju, w którym doszło do zbrodni. Nick przeglądał papiery w gabinecie, miała kilka minut. Wyciągnęła różdżkę i wyszeptała zaklęcie przywołujące. Poszukiwany obiekt sprecyzowała jako dowód z odciskiem palca zabójcy. Tak skomplikowane zaklęcie przywołujące wymagało wprawy... Ale przez miesiąc pracy w policji doprowadziła tę umiejętność do wirtuozerii. I jeszcze nigdy nie zadecydowało o rozwoju sprawy...
Tym razem o dziwo było inaczej. Przyleciało do niej krzesło. Na krześle wciąż jeszcze były włosy i krew. Wcześniej umknęło to ich uwadze... To było narzędzie zbrodni. A zabójca najwyraźniej nie wytarł swoich odcisków. Na pewno techniczni będą umieli dokonać analizy, jak musiał trzymać krzesło by akurat pod tym kątem uderzyć...
Połączenie magii z techniką. To, o czym zawsze marzyła w swoich snach o oficjalnym życiu czarodziei.
Nick wracał, więc szybko odstawiła krzesło na miejsce i przy nim ukucnęła. Partner wszedł, kiedy z fascynacją przyglądała się brudnej nodze krzesła. Spojrzała na niego z zadowoleniem.
-Chyba mamy narzędzie zbrodni.

John wiedział już, gdzie jest Jorday. I wcale mu się to nie podobało. Zbyt łatwo udało mu się ją znaleźć... Zbyt łatwo biorąc pod uwagę czasy i jej przeszłość, pracę w ruchu oporu. No dobrze, może przesadzał. Szukał jej miesiąc na odległość i dwa miesiące intensywnie... Ale niemal nie łamał prawa. W zasadzie nie wiedział, dlaczego się tak martwi. Na początku szukał jej... by wyjaśnić pewne sprawy. Potem nagle zaczął odczuwać ten nieprzyjemny niepokój... Nie wiedzieć czemu uważniej przyglądał się gazetom i innym doniesieniom. Szczególnie sprawdzał Cartera. Ale drań siedział grzecznie w Azkabanie.
W końcu szkoła się skończyła. Dostał wypłatę i pierwszą rzeczą jaką zrobił było wykupienie najbliższego miejsca na lot do Ameryki. I tak nie miał większych planów życiowych. Równie dobrze mógł gonić za jedyną osobą, którą kiedykolwiek cokolwiek obchodził on sam. I jedyną osobą, która obchodziła jego... Bo przecież bez niego ona znowu się wpakuje w jakąś kabałę. Będąc blisko łatwiej będzie mu jej pomagać...
Spojrzał na adres, który dostał w tajemnicy za niebezpieczne zaklęcie.

Leanne i Nick wyszli z windy podnieceni szybkim rozwojem sprawy, ustalając szczegóły i analizując sytuację. Zdążyli zrobić tylko kilka kroków w kierunku swoich biurek kiedy odnalazł ich Charlie Pratt.
-Szef wzywa- poinformował- Pośpieszcie się, to chyba ważne.
Nie zmienili tempa, ale rzeczywiście udali się do oszklonego gabinetu szefa. Kiedy Leanne zobaczyła przejętą Rose z kotem na ramieniu, od razu wiedziała: przeszłość zaczynała dawać o sobie znać. Może gdyby nie spojrzenie przyjaciółki, założyłaby, że to ona ma problemy. Ale poza przestrachem, w oczach pisarki była też pretensja.
Russel też był bardzo poważny.
-Myślę, że to twój narzeczony- poinformował. Leanne nie uwierzyła.
-On siedzi za kratkami- zauważyła spokojnie, kiedy Rose podawała jej świstek papieru- Z Azkabanu nie da się uciec.
Niepotrzebnie sprzedałaś pierścionek, kochana Leanne.
-To niekoniecznie on- mruknęła- Ale na pewno ktoś z jego ziomków. Mało kto wiedział o moich zaręczynach.
Nick zaglądał jej ciekawie przez ramię. Nikt go nie wyprosił więc automatycznie zostanie teraz wtajemniczony... Może to i lepiej, Leanne nie lubiła kłamać lubianym ludziom.
-Wiedziałem, że imię nie jest prawdziwe- szepnął.
-A ja nie- burknęła Rose- Wyjaśnisz nam to, Anne? Czy raczej Leanne?
Dziewczyna westchnęła i usiadła. Nagle poczuła się zmęczona i stara. Spojrzała na Russela. Wzruszył bezradnie ramionami.
-Jestem czarownicą- mruknęła cicho- Taką z różdżką. I miotłą. No, w zasadzie miotły nie mam, ale przecież ty Rose też nie masz samochodu...
Niełatwo było ich do tego przekonać. A przynajmniej Rose. Nick miał już wiele okazji przekonać się, że w sąsiedztwie Leanne rzeczy przyjmują dziwny obrót. Nie podobała się mu prawda o ukrytym świecie- działała niszcząco na jego ambicję detektywa- ale nauczył się ze spokojem reagować na przewroty losu.
-No dobrze- w końcu zdecydował się zmienić temat Russel- Ale co zrobimy z tym listem? To może być niebezpieczny człowiek. Jeśli to jednak twój narzeczony...
-A właśnie- dopytywała się Rose. Bardzo szybko zapomniała o pretensji i wciągnęła się w opowieść. Rose zwierzyła się kiedyś ze swojego przekonania, iż jeśli los obdarował nas przyjacielem, nie należy go prowokować, obrażając się na ten dar
-Znamy już sprawę z magią, ale nie było sprawy z narzeczonym. Siedzi w kiciu, tak?
-To ja go tam wsadziłam. No, w sumie nie sama- mruknęła szczerze- W świecie czarodziei w Anglii pojawiło się coś jak... mafia, sekta... No i on do niej należał. A ja do jednej z grup oporu. No i kiedy miał mnie zneutralizować... Przeżyłam tylko dlatego, że wpadł do mnie z niezapowiedzianą wizytą kolega, który zajmował się jego sprawą. Niemal zgubiła mnie zbytnia ostrożność mojej grupy...
-A ja ci nie wierzyłam, że związek może się skończyć gorzej niż stratą godności- burknęła Rose pod nosem.
-Tak sobie teraz przypomniałem, Anne- zmienił temat Russel- A dwaj faceci później?
Ku zdziwieniu policjantów i jej przyjaciółki, Leanne parsknęła śmiechem.
-Hm. Jeden sam jest żonaty. I nie ma jak odejść od żony, więc ją zdradza. W zasadzie to nawet nie był związek, po prostu mówiłam o draniu. A drugi- też drań i nie mój facet... Cóż, kiedy Constantine pojawia się w pobliżu mnie... nie stać go na takie subtelności jak listy z pogróżkami.
-Czyli to raczej narzeczony?- podsumował Nick- Nie było w twojej życiowej historii innych sprzedanych pierścionków?
Lea spojrzała na niego z rozbawieniem.
-Czy ja wyglądam jak seryjna narzeczona?- zakpiła- Wracając do sprawy... Nie sądzę by na razie istniało poważne zagrożenie. Ludzie wysyłający pogróżki chcą się bawić z ofiarą, obawiają się niejako konfrontacji. Pogróżki są swego rodzaju sposobem utworzenia pożądanego u ofiary podłoża psychicznego. Ludzie zastraszeni są nerwowi. Poczucie osaczenia tworzy ich bezbronnymi i ułatwia agresorowi dokonanie zakończonego sukcesem ataku. Ja nie jestem bezbronna. W zasadzie nie jestem lepsza od Cartera, nie będę was oszukiwać. Zajmowałam się jedynie tworzeniem portretów psychologicznych morderców... Zabawne, że nie rozpoznałam takowego we własnym facecie. W każdym razie, wykorzystam ten czas by skontaktować się z moją grupą. Dowiem się co z Carterem i zapytam o podejrzanych ludzi, którzy ostatnimi czasy wybrali się do Stanów... W razie realnego zagrożenia ukryję się lub postaram o ochronę.... Tymczasem wróćmy do naszej sprawy.

Leanne nie mogła w to uwierzyć. Rozwiązała swoją pierwszą sprawę. W zasadzie może nie sama, ale z całą pewnością dokonała kluczowych odkryć. Siedziała przy stole ze znajomymi z pracy i oblewała sukces. Po jednej jej stronie siedział Nick, po drugiej Russel. Czuła się tutaj dużo lepiej niż w jakimkolwiek innym miejscu pracy. Nie chciała go opuszczać... ale będzie musiała. Dementorzy przeszli na stronę Voldemorta. Carter nie siedział za kratkami. Od dłuższego czasu.
Musi zniknąć... Tylko gdzie, jak?
Ten wieczór miał być wieczorem jej triumfu. Dlaczego więc czuła się tak niekomfortowo? Pierwszy raz od kiedy Carter przysłał liścik rzeczywiście poczuła się obserwowana...
Rozejrzała się dyskretnie...
Gdyby chodziło o kogoś innego, prawdopodobnie by nie dokonała demaskacji. Jednak to był on, nie było pomyłki. Zresztą, tylko na jego widok jej serce mogło zacząć bić jak szalone. W zasadzie na widok jego pleców. Była pewna, że podsłuchiwał... Musiała działać szybko by nie zwiał gdy usłyszy, że wstała z miejsca.
Przeskoczyła nad stołem i nad głową Elaine. Usłyszała brzdęk szklanki i rozlewającego się płynu. A potem doskoczyła do baru... Zdążył się, zaalarmowany dźwiękami, odwrócić. Stanęli więc twarzą w twarz. Znowu.
-Co ty tu robisz?- warknęła głośno. Constantine uspokoił się natychmiast, gdy tylko przekonał się, że nic poważnego się nie dzieje. Schował różdżkę i obdarzył ją chłodnym uśmiechem. Miała wrażenie, że cały jej stolik- a może i bar- przysłuchuje się rozmowie.
-Niewinne dziecko, nie wiesz co się robi w barach?
-Constantine!- warknęła- Nie zgrywaj się! Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? I dlaczego w ogóle cię to obchodzi?
-Dobre pytanie. Też je sobie zadaję- burknął z niezadowoleniem i spojrzał na kogoś za nią. Leanne odwróciła się. Nick stał z rękoma w kieszeniach i przyglądał się w ten sam sposób Constantine'owi. Mimo bycia dużo niższym wcale nie stracił rezonu i jego groźna mina wyglądała jak trzeba. Przewróciłaby oczami gdyby nie mus natychmiastowej interwencji.
-W porządku, Anne?
-Tak, Nick. Stary znajomy- burknęła- Zaraz będzie się zbierał...
-Raczej nie- powiedział z uśmiechem Constantine, wciąż na nią nie patrząc. Nick uniósł brwi. Nie opuścił wzroku chociaż musiał wiedzieć, że przeciwnik jest czarodziejem. Lea jakoś nie czuła zdziwienia. Od razu wiedziała, kogo jej przypomina. Nick miał typowe, lwie serce Gryfona.
-Na pewno, Lea?- zainteresował się prowokacyjnie, używając nawet jej prawdziwego imienia. Na szczęście mogła ich usłyszeć tylko ich dwójka. Leanne miała ochotę zakląć. No tak. Obaj mieli wyraźną ochotę się zatłuc, głównie dla sportu. Bo przecież nie było żadnego konkretnego powodu!
-Tak, Nick. Jeśli już tak bardzo nalegacie... Nick Stairs, mój partner. John Constantine.
-Bez przydomka?- zainteresował się z rozbawieniem John- Przychodzi mi do głowy kilka odpowiednich. Mój przyjaciel to byłaby lekka przesada. Nie upieram się też przy tytule twojego wybawcy- choć to niewątpliwie prawda. Ale spodziewałem się prawdę mówiąc czegoś w stylu „mój ulubiony wrzód na dupie”.
-Constantine, próbujesz odwrócić moją uwagę od faktu, że jesteś tutaj bez powodu i...
-Wybawca- Nick nie bez powodu otrzymał odznakę i licencję detektywa- Czyli to ten „kolega”, który pomógł ci z byłym. I jest pewnie odpowiednio przeszkolony?- dodał z zamyśleniem.
Leanne zadrżała z przerażeniem, wiedząc co się roi w głowie partnera... John był odpowiednio przeszkolony, z nim byłaby bardziej bezpieczna. Było już jednak za późno... Już miała się odezwać, kiedy Constantine boleśnie złapał ją za ramię. Przyglądał się przerażająco Nickowi.
-Do czego?- zapytał. Nick nawet nie spojrzał na kręcącą głową Leę, nie usłyszał jej protestów. Faceci! W jednego chwili byli gotowi się zatłuc, a teraz zawieszają broń by sprostać wspólnemu wrogowi... Ponieważ gdyby Leanne zabrakło, jaki mieliby powód się kłócić?
-Leanne ma prześladowcę- poinformował poważnie. Leanne poczuła jak palce Constantine'a zaciskają się boleśnie na jej ramieniu. Potem nagle puścił. Odwrócił się w jej stronę i chwycił swoją szklankę. Wypił łyk whisky, patrząc nad nią ponad drinkiem.
-Cholera, Azkaban wzięty? Dawno nie miałem wieści z kraju... Powinienem tam być... - mruknął pod nosem. Leanne odwróciła wzrok nad blat i wdrapała- z niemałym trudem- na barowy stołek. Jednocześnie poprosiła wzrokiem Nicka by odszedł. Nagle poczuła się na siłach z nim porozmawiać. Nie, to nawet za mało powiedziane. Miała ochotę z nim porozmawiać. Constantine zajął swoje wcześniejsze miejsce. Lekko ocierali się ramionami, ale w tym momencie nie było mowy o odczuwaniu czegokolwiek poza poczuciem winy, strachem i smutkiem.
-Ja też. Też powinnam tam być. Uciekłam- powiedziała, kiwając jednocześnie na barmana by przyniósł jej martini.
-Ludziom łatwo nas osądzać- mruknął ze zrozumieniem John- Tym, którzy zostali. Uważają, że dlatego, iż nikogo nie mamy, powinniśmy z radością oddawać życie w imię sprawy. Ale tak przecież nie jest. Mam wrażenie, że jestem dużo mniej przygotowany na to by zginąć niż większość ludzi z całą rodziną.
Leanne kiwnęła głową.
-Dokładnie- powiedziała energicznie, jakby ucieszona, że ktoś patrzy na sprawę tak samo. Jakby czuła się w swoim poczuciu winy mniej samotna- Zastanawiałam się nad tym dużo. Wiesz dlaczego dla nas to trudniejsze? Właśnie dlatego, że nikogo nie mamy. Łatwo umierać za sprawę, gdy myślisz o tym, że jeśli nie ty, to bezpieczni będą twoi przyjaciele czy dzieci. A my co? Zginiemy tragicznie i nikt nawet nie zgłosi się po zwłoki. Nie mamy dla kogo budować lepszej przyszłości. Dlatego tchórzymy. Bo odwaga- ta prawdziwa, zdolność poświęcenia życia i duszy- rodzi się z miłości.
Constantine przyglądał się jej, kiedy to mówiła. Z podnieceniem, jakby rozpracowywała krzyżówkę a nie wysnuwała bardzo smutne wnioski o własnym tchórzostwie i samotności. Uśmiechnął się. Nie pamiętał kiedy ostatnio się tak uśmiechał. Kiedy ostatnio coś wydawało mu się tak piękne?
-Nigdy ci tego nie mówiłem, bo i tak to wiesz zbyt dobrze, ale bywasz mądra.
Spojrzała na niego ze zdziwieniem, a on nagle poczuł, że musi szybko odwrócić głowę. Bał się, że zobaczy jego uśmiech, jego podziw dla piękna chwili.
-W istocie masz rację- kontynuował by tylko nie zapadła głupia cisza lub nie zostało wyrażone zdziwienie jego zachowaniem- Cholerną rację. Należy nam się chociaż raz w życiu kogoś pokochać tak by zaraz nie umarł. Albo nie zwiał.
Osłupiała. Zresztą, nie tylko ona. On też był zdziwiony- to mu się wymsknęło.
Gratulacje składać Eurodyce
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii